Gry

Jak właściwie działa ten e-sportowy mundial i dlaczego wylądował w Paryżu?

 

Paryż dostał osiem tygodni. Osiem tygodni na rozplątanie ton kabli – a jest ich tyle, że spokojnie połączyłyby Londyn z Birmingham w obie strony – ogarnięcie wiz dla dwóch tysięcy zawodników, walkę z paryskimi hotelarzami o wolne łóżka i przekonanie zdezorientowanych fanów do natychmiastowej zmiany planów urlopowych. Francuzi jakoś to spięli. Zamiast pustynnego klimatu mamy teraz duszne hale Porte de Versailles, w których najlepsi gracze świata tłuką się w ponad dwudziestu tytułach o pulę sięgającą 75 milionów dolarów, korzystając ze struktury, która mocno różni się od klasycznych turniejów.

Club Championship, czyli sprytny sposób na wyłonienie absolutnego hegemona

Zazwyczaj turnieje e-sportowe kojarzą nam się z jedną konkretną grą. Fani Counter-Strike’a nie wiedzą, co dzieje się w League of Legends, a gracze w szachy – które też niespodziewanie wylądowały w programie – omijają szerokim łukiem dynamiczne strzelanki. EWC wywraca to do góry nogami za pomocą klasyfikacji klubowej, która nagradza wszechstronność i zmusza wielkie organizacje do inwestowania w absolutnie każdy możliwy tytuł – od Call of Duty po szachy właśnie.

Żeby w ogóle myśleć o zgarnięciu głównego trofeum i gigantycznej części z 30 milionów dolarów przeznaczonych na klasyfikację klubową, organizacja musi spełnić dwa twarde warunki. Trzeba skończyć w czołowej ósemce w przynajmniej dwóch różnych grach, a do tego – co jest genialnym bezpiecznikiem przed nudnym ciułaniem punktów – trzeba wygrać chociaż jeden pojedynczy turniej podczas całych siedmiotygodniowych zmagań. W ten sposób Team Falcons, który zdominował poprzednie dwie edycje w Rijadzie, musiał wystawić aż 21 składów w różnych dyscyplinach, żeby zabezpieczyć sobie matematyczne zwycięstwo na długo przed końcowym gwizdkiem. To potężne wyzwanie menedżerskie. Zawodnicy przecież chorują, łapią kontuzje nadgarstków, miewają gorsze dni albo po prostu tracą formę w najmniej odpowiednim momencie.

Matematyka punktów

Rozdział punktów w każdym z 25 turniejów jest prosty jak budowa cepa, przynajmniej na papierze, bo zwycięzca inkasuje okrągłe 1000 punktów, drugie miejsce dostaje 750, trzecie 500, a czwarte 300 – i tak dalej, aż do ósmego miejsca. Taki podział sprawia, że każdy mecz o pietruszkę w środku tygodnia nagle staje się walką o życie dla całego klubu, który w tym samym czasie może grać finał w zupełnie innej hali na drugim końcu Paryża Expo Porte de Versailles.

Ludzie analizujący zakłady bukmacherskie pod kątem e-sportu mają teraz pełne ręce roboty, bo nagła zmiana klimatu z saudyjskiego na europejski całkowicie zburzyła dotychczasowe przewidywania. Niektóre ekipy, jak francuskie Team Vitality, trenują teraz dosłownie kilka stacji metra od areny, jedzą domowe posiłki, grają przed własną, wrzeszczącą publicznością i nie muszą męczyć się z jet lagiem. To drastycznie zmienia układ sił na serwerach. 

W programie tegorocznego turnieju zadebiutowały takie nowości jak Trackmania czy Fortnite w trybie Reload, a pożegnano się ze StarCraftem 2. Ta ciągła rotacja gier i nagła przeprowadzka do Francji sprawiły, że faworyci nie mogą już spać spokojnie, a my dostajemy widowisko, w którym o losach milionów dolarów decyduje jedno celne kliknięcie myszką w niedzielny wieczór.

Komentarze

Scroll to top